niedziela, 27 października 2013

2. U dyrektorki

Hermiona korzystała z ostatniego wolego dnia. Jutro od nowa zaczynały się zajęcia. Na szczęście lekcje odrobiła już w piątek, ale pewnie większość uczniów zostawiła sobie to na ostatnią chwilę, gdyż Pokój Wspólny Gryffindoru świecił pustkami. Poprawiła się kanapie i wyłożyła nogi na stoliku. Ogień z kominka miło ogrzewał jej stopy. Myślała o skutkach wojny. Pochłonęła ona wielu niewinnych czarodziei, którzy walczyli o lepsze życie dla nich. Co prawda Voldemorta już nie było, a Harry stał się teraz bohaterem, lecz nie każdy traktował go z szacunkiem. Niektórzy nigdy się nie zmienią. Sądziła, że teraz dużo się zmieni jednak były to złudne nadzieje. Dlaczego tak jest, że ludzie nie mogą się po prostu szanować, lubić bez względu na wygląd czy pochodzenie? Od wieków w wielu środowiskach tworzyły się warstwy społeczne, do których klasyfikowało się ludzi. Ci, z najwyższego szczebla zawsze mieli najlepiej. Byli popularni, lubiani, mieli w szkole łatwiej. Natomiast inni, którzy różnili się wyglądem, statusem czy po prostu mieli odmienne zdanie byli upokarzani.  Czy na prawdę do tej pory nikt się temu nie sprzeciwił, nikt nie reagował? Postanowiła sama wziąć sprawy w swoje ręce. Nie będzie łatwo-wiedziała ale bycie Prefektem Naczelnym do czegoś zobowiązuje. Gdyby tylko ten dupek Malfoy pomógł.. Ale na niego nie ma co liczyć. Przez wiele lat samodzielności, nauczyła sie radzić sobie sama. Od zawsze była perfekcjonistką więc zrobi co w jej mocy by zjednoczyć wszystkie domy w Hogwarcie. W głowie zrodził jej się nawet pewien plan. Zadowolona z siebie wstała z kanapy, otrzepała szaty z niewidzialnego pyłu i ruszyła wprost do dyrektora-Minervy McGonnagal.  Radośnie przemierzała szkolne korytarze. Dzisiaj nic nie było w stanie popsuć jej dobrego humoru. Nucąc pod nosem nawet nie zauważyła jak jakaś wysoka postać wynurzyła się zza zakrętu. Nie zdążyła zareagować, a już leżała na zimnej posadzce.
- Malfoy! Mogłam się tego spodziewać! - krzyczała - Patrz gdzie łazisz!
- Zamknij się, Granger. Pewnie masz szlam zamiast mózgu więc nie pamiętasz, że to ty wpadłaś na mnie- Zadrwił z niej. - Rachunek za pranie przyśle pocztą. Nie mogę chodzić w szatach, które dotykała brudna szlama. - Skrzywił się teatralnie i już miał odchodzić gdy usłyszał  głośnie odchrząknięcie za jego plecami.
- Pocałuj się w ten twój arystokratyczny tyłek, fretko - zaśmiała się pod nosem na wspomnienie Ślizgona przemienionego w zwierze - ale najpierw idziesz ze mną do dyrektorki.
- Po cholerę? Sama na mnie wpadłaś. Możesz się McSztywnej najwyżej iść wypłakać.
Hermiona nic mu na to nie odpowiedziała, tylko pociągnęła za rękaw szaty i prowadziła w stronę gabinetu dyrektorki.
- Granger, puszczaj mnie! - Próbował wyrywać się Ślizgon. - Mówiłem, że nigdzie z tobą nie idę! A co jak ktoś nas zobaczy? Co z moją reputacją?
- Nie przejmowałabym się czymś, czego nie ma - odpyskowała mu.
W końcu Malfoy uwolnił się z uścisku Hermiony i oburzony szybkim ruchem wyciągnął różdżkę z głębokiej kieszeni szaty. Gryfonka cicho pisnęła, ale szybko się opanowała. Nie da mu się sprowokować. Chłopak przycisnął ją do ściany i jeszcze bardziej zdenerwowany jej odważnym spojrzeniem przycisnął koniec różdżki do jej gardła.
- To cię nauczy szacunku do lepszych - wysyczał.
Nagle Gryfonka zaczęła się śmiać. Wykorzystała moment zdezorientowania Malfoya i odepchnęła go od siebie. Nie wierzyła, że był w stanie zrobić jej coś w szkole, poza nic nie znaczącymi groźbami i raniącymi słowami, na które chyba nigdy się nie uodporni.
- Co cię tak cieszy, Granger? Czyżby szlamowata reakcja na silny stres? - Ślizgon w dalszym ciągu drwił sobie z dziewczyny.
- Nie. Po prostu jako Prefekt Naczelny Slytherinu musisz iść ze mną do dyrektorki w celu omówienia jednej, ważnej kwestii - powiedziała i ruszyła w tak dobrze jej znanym kierunku. Nie musiała się oglądać żeby wiedzieć, że tleniony arystokrata, zaślepiony ciekawością, mozolnie podąża za nią. Po kilku chwilach, w których żadne z nich nie odezwało się ani słowem dotarli do swojego celu. Pierwszy bez pukania szedł Malfoy, który zaraz po przekroczeniu progu zatrzasnął drzwi przed nosem współtowarzyszki. Osłupiała dziewczyna w końcu doszła do siebie i z gracją otworzyła drzwi do gabinetu, po czym przywitała się z Minervą z delikatnym uśmiechem, jednak dyrektorka nie zauważyła nawet jej wejścia, gdyż zajęta była pewnym arystokratą.
- Jeszcze raz pani mówię, że to Granger mnie tu przywlokła – tłumaczył się chaotycznie. – Nie mam pojęcia po co!
- Dość tego – zirytowana opiekunka Domu Lwa straciła cierpliwość – minus dziesięć punktów, panie Malfoy.
- Przepraszam bardzo – głos zabrała Gryfonka, którą dopiero w tej chwili zauważyła Minerva – on mówi prawdę – przyznała z niechęcią rację Malfoy’owi. – Mam pewien pomysł, z którym chciałam się z panią podzielić.
- Dobrze – jej słuchaczka złagodniała na twarzy – usiądźcie proszę, zamieniam się w słuch.
Hermiona usiadła na wskazanym przed dyrektorkę krześle obok jej biurka, a Malfoy stał obok tłumacząc się, że długo tu nie zagości. Minerva spojrzała tylko na niego gniewnym wzrokiem i oddała głos Gryfonce, a sama usiadła po przeciwnej stronie biurka. Hermiona rozglądnęła się i stwierdziła, że gabinet niczym nie przypominał starego pomieszczenia, w którym rezydował Dumbledore. Naprzeciwko drzwi znajdowały się kręte, metalowe schody, które prawdopodobni e prowadziły do sypialni, a za nimi duże okno zajmujące pół ściany i sięgające pod sam sufit. Po lewej stronie stała wielka gablota po brzegi wypełniona orderami i pamiątkami byłych dyrektorów. Na prawej ścianie usadowiona była biblioteczka, większa nawet od tej, którą Hermiona miała w dormitorium. Przed nią stało masywne, stare biurko, całe zawalone pergaminami, na których siedziała sowa, którą Gryfonka zobaczyła dopiero teraz. Miała o na piękne brązowe pióra, które gdzieniegdzie miały rudy odcień i mądre, kruczoczarne ślepia. McGonnagal podążyła za wzrokiem dziewczyny i wyjaśniła, że zwierzę wabi się Pedro.
- Szybciej, Granger – warknął zniecierpliwiony już Ślizgon – mam lepsze rzeczy do roboty, niż siedzenie tu.
- Oh, założę się, że twoje lustro, choćby nie wiem jak chciało i tak nie ucieknie.
- Panno Granger, panie Malfoy, proszę się uspokoić. – Minerva wtrąciła się w odpowiedniej chwili, bo dwójka uczniów już zabijała się spojrzeniem. Jeszcze moment, a pewnie rzuciliby się sobie do gardeł.
- Wytłumaczy mi pani, po co to całe zamieszanie? – Hermiona zrozumiała, że dyrektorka jest już lekko podenerwowana, ponieważ tylko wtedy zwracała się do niej ‘per pani’ Nie chcą już dłużej przeciągać i bardziej denerwować opiekunki jej domu odezwała się:
- Oczywiście. Pomyślałam, że skoro każdy – popatrzyła na Malfoy’a i poprawiła się – właściwie prawie każdy, ale zdecydowana większość chce pojednania domów w Hogwarcie – na te słowa stojący obok chłopak głośno prychnął z pogardą, lecz Gryfonka go zignorowała i mówiła dalej – to warto powziąć odpowiednie kroki w tym kierunku.
- Kto chce, ten chce, Granger. Zjednujcie sobie te wasze domy, ale Ślizgonów w to nie mieszajcie, bo nie będziemy zniżać się do waszego poziomu. – Hermiona zmroziła go wzrokiem i już chciała mu coś odpowiedzieć, jednak szybsza była dyrektorka:
- Wspaniały pomysł – pochwaliła ją – doskonale sprawdza się pani na swoim stanowisku w szkole. – Dracon wywrócił oczami i udawał, że ziewa, jednak widząc, że nikt nie zwraca na to uwagi, szybko przestał. – Jutro odbędzie się w tej sprawie zebranie prefektów. Informacja o spotkaniu będzie wisieć w Pokoju Wspólnym każdego domu. To b y było na tyle, żegnam. – Wstała od biurka i odprowadziła gości pod drzwi, co chwilę uciszając oburzonego Ślizgona, który uspokoił się dopiero na wzmiankę o punktach ujemnych. Jednak nie na długo, bo zaraz po wyjściu z gabinetu Hermiona zdołała tylko usłyszeć dźwięk zatrzaskiwanych drzwi i szybkim ruchem została już drugi raz tego samego dnia przyparta do ściany przez blondwłosego Ślizgona.
- Nie myśl sobie, Granger, że jeśli przekonałaś tą staruchę, to ze wszystkimi pójdzie ci tak łatwo. Nie pozwolę na to - warknął i zanim Gryfonka zdążyła zareagować, Malfoy odwrócił się na pięcie i odszedł w tylko sobie znanym kierunku. 
I żadne z nich nie zauważyło, jak zadowolona z siebie postać powoli oddala się z miejsca, w którym stała już od dłuższego czasu.
***
Hermiona szybko przeszła przez Pokój Wspólny Gryffindoru, w którym pełno było już jej znajomych. Jednak była zbyt zdenerwowana, żeby z kimkolwiek teraz rozmawiać nie rozszarpując go przy tym. Wbiegała po stromych schodach i skierowała się w stronę słabo oświetlonego czerwonego korytarza, przez który trzeba było przejść, by dostać się do jej dormitorium. Doszła do ciemnych drzwi i jednym gwałtownym ruchem je otworzyła. Przeszła przez cały pokój i usiadła na skraju łóżka zakładając ręce na piersiach. Dostrzegła osłupiałą przyjaciółkę, której ręką ze szczotką zastygła w połowie drogi do jej płomiennych, rudych włosów. 
- Idziesz gdzieś?
- Tak, umówiłam się z Marcusem. Powiesz mi, co się dzieje?
- Nic. Nie ważne - odpowiedziała Hermiona i opadła na łóżko. Ginny odłożyła szczotkę na stolik i usiadła obok niej.
- Hermiono - zaczęła głaskając przyjaciółkę po odkrytym przedramieniu - jeśli coś jest nie tak, to wiesz, ze możesz mi powiedzieć. 
Brunetka popatrzyła na nią niepewnie, jednak po chwili podniosła się, usiadła po turecku i zdała Rudej relacje z dzisiejszego dnia, nie oszczędzając sobie wrednych słów na temat Ślizgona. Ginny słuchała przyjaciółki ani razu jej nie przerywając, a kiedy ta skończyła odezwała się:
- Miałaś rewelacyjny pomysł, jak najbardziej jestem za, poza tym McGonnagal cie popiera, a jedna osoba, choćby była nawet Malfoyem nie ma nic do gadania.
- Sama nie wiem. Jutro się wszystko okaże, bo odbędzie się spotkanie prefektów w tej sprawie.
- I bardzo dobrze! My już mu tam przegadamy! 
- Pozostaje jeszcze kwestia zdania pozostałej trójki prefektów.
- O to się nie martw, razem damy sobie radę. Szczególnie, ze cel jest szczytny.
- Dziękuje, Ginny - Hermiona uśmiechnęła się w stronę przyjaciółki - a teraz zbieraj się, bo nie zdążysz.
- Jak kocha to poczeka - rzuciła przez ramię i zniknęła za drzwiami zostawiając Gryfonke samą ze swoimi myślami.
***
Aportował się w umówione miejsce i pewnym krokiem ruszył w stronę miejsca spotkania. Jego kroki głośno rozbrzmiewały na kamiennej posadzce i echem odbijały się od pustych ścian. Szarpnął za złoconą klamkę i wszedł do zimnego pomieszczenia bez okien, oświetlonego tylko pojedynczymi, lewitującymi świecami.
- Masz dla mnie jakieś nowe wieści? - odezwał się nieprzyjemny głos, po którego usłyszeniu zjeżyły się mu włosy na karku.
- Wygląda na to, ze nasza szlama coś kombinuje - wybełkotał niepewnie
- No gadaj wreszcie! Za coś ci w końcu płace!
- Chce zjednoczenia domów w Hogwarcie - jego rozmówca zaśmiał się głośno, lecz nie zrażony mówił dalej - była u dyrektorki i jutro ma być jakieś zebranie. 
- Mam nadzieje, ze jakoś to załatwisz.
- Nie muszę, wygląda na to, ze Draco zrobi to za mnie.
- Doskonale - uśmiechnął się szyderczo - doskonale.
***
Wystrojona w czerwoną sukienkę do pół uda dziewczyna siedząca na zimnym parapecie patrzyła na roztaczający się na zewnątrz krajobraz wymachując nogami, na które ubrała czarne baletki. Widok był niesamowity. Hogwardzkie błonia skąpane w srebrnej mgiełce, która mieniła się w jasnym blasku księżyca robiły nie małe wrażenie, szczególnie teraz, kiedy niebo było bezchmurne i zawieszone były na nim gwiazdy w pełnej okazałości.
W pewnym momencie zauważyła jakąś niewyraźną postać przemykającą się wzdłuż jeziora. Jednak nie dane jej było zastanowienie się na celem wędrówki ów osoby, gdyż poczuła czyjeś silne ręce na swojej talii. 
- Przepraszam, ze musiałaś czekać, piękna - wyszeptał jej do ucha Flint - nadrobimy stracony czas?
Kiwnęła potakująco głową i została poprowadzona w stronę korytarza prowadzącego do Domu Węża. Ostatnio raz obejrzała się za siebie, lecz nikogo niż nie zauważyła i zaniepokojona tym faktem złapała Ślizgona za rękę, który musiał to źle zinterpretować, gdyż uśmiechnął się szeroko do Rudej i zapewnił, ze już za chwile będą na miejscu.


~~~~~~~~~~~~~~~~
Przepraszam. Rozdział jest krótki, nudny i nic się nie dzieje,
 ale od następnego ruszam pełną parą z akcją :)
Notka nie jest sprawdzana, bo weszłam tylko na chwile na komputer, żeby ją dodać, ale obiecuje, że zrobię to przy najbliższej okazji.
Proszę Was o komentarze, gdyż to one pobudzają moją wenę. 
Pozdrawiam i proszę o wyrozumiałość, Avis 




poniedziałek, 21 października 2013

1. Groźba


Dni w Hogwarcie mijały bardzo szybko. Szczególnie dla ostatnich klas, które już od samego początku miały bardzo dużo nauki. Liście przybrały już kolor czerwony i pomarańczowy, i wesoło tańczyły niesione przez ciepły podmuch wiatru. Z okna pewnego dormitorium widać było bawiących się radośnie w kolorowych liściach pierwszoklasistów. Jedni bawili się w berka i co chwilę rzucali się w sporawych rozmiarów stosiki liści, inni gonili je i piszczeli przy tym niemiłosiernie.  Jedna brązowowłosa Gryfonka siedziała na parapecie okna swojego przytulnego pokoju i oglądała tą scenkę z delikatnym uśmiechem na twarzy. Pamiętała jak ona pierwszy raz zachwycała się pięknem tej pory roku. Razem z Harrym i Ronem zachowywali się podobnie jak dzieci zza okna. Jakie to były beztroskie czasy. Teraz nie ma już tak dobrego kontaktu z chłopcami, z resztą co się dziwić, każdy zmienił się po bitwie. Odnotowała w pamięci, że musi poświęcać im więcej czasu. Szczególnie Harry’emu, który przytoczony był całą tą swoją "sławą" i nadal poczuwał się odpowiedzialny za śmierć wszystkich osób, które walczyły o wolność dla nich wszystkich. Delikatne promienie jesiennego słońca oświetlały jej lekko opaloną twarz. Była im bardzo wdzięczna za ich poświęcenie, trudno opisać słowami jak bardzo. To dzięki nim może teraz znajdować się w Hogwarcie i uczyć się na ostatnim roku, a jej największym problemem są egzaminy końcowe, które planowane są na początek czerwca. Kątem oka popatrzyła na dwa łóżka stojące w dormitorium. Ginny jeszcze nie wróciła.  Zeskoczyła z parapetu i rozglądnęła się po pokoju, który dzieliła z przyjaciółką.  Ściany były  koloru przydymionej czerwieni, co dodawało pokojowi przytulności. Przy jednej ze ścian stały dwa ogromne, dwuosobowe łóżka, które aż się prosiły, żeby się na nich położyć, otoczone bordowymi baldachimami, a przed nimi stały stare kufry, z którymi dziewczyny przyjechały do Hogwartu. Przy przeciwległej ścianie umieszczony był kominek, w którym, pomimo wczesnej pory palił się ogień, a od kominka przez róg pokoju aż po ogromne okno ciągnęła się biblioteczka, w której półki uginały się pod ciężarem książek, ustawianych również jedna na drugiej w celu wygospodarowania dodatkowego miejsca na kolejne pozycje. W centralnej części pokoju umieszczony był jasny, puchaty dywan, a na nim dębowy, okrągły stolik i dwa miękko obite fotele. Całość ustawiona była przodem w kierunku kominka. Na ostatniej ścianie, naprzeciwko okna, stała niewielka dwudrzwiowa szafa i drzwi, kolejno do łazienki i na korytarz prowadzący w dół do Pokoju Wspólnego.  Zgarnęła porozrzucane na łóżku książki i usiadła na jednym z foteli. Wybrała Transmutację dla zaawansowanych przeznaczoną do nauki na siódmym roku, na którym właśnie się znajdowała i pogrążyła się w lekturze.  
Obudził ją trzask zamykanych drzwi. Wyprostowała się gwałtownie i lekko otępiała po krótkiej drzemce wyjrzała przez okno i okazało się, że jej drzemka okazała się być kilkugodzinnym snem, gdyż za na niebie nie było widać niczego, poza częściowo zakrytym chmurami księżycem.  Rozglądnęła się z niepokojem po pomieszczeniu w celu zidentyfikowania źródła hałasu, lecz ku jej uldze nikogo nie zauważyła. Lekko zaniepokojona tym, że ktoś prawdopodobnie był w jej pokoju ,podczas gdy ona spała, zaczęła obchodzić dormitorium  i sprawdzać, czy nic nie zginęło. Kiedy już upewniła się, że wszystko jest na swoim poszła do łazienki, zamykając za sobą drzwi zaklęciem.  Napuściła wodę do obszernej wanny i odkręciła kilka kurków. Momentalnie wanna napełniła się kolorowymi bańkami mydlanymi, a w powietrzu wyczuwało się woń kwiatowego aromatu płynu do kąpieli. Weszła do środka i poczuła jak jej mięsnie spięte po  długim leżeniu w średnio wygodnej pozycji powoli się rozluźniają. Położyła głowę na ramie wanny i zamknęła oczy , pozwalając wypoczywać jej zmęczonemu ciału, kiedy usłyszała jakieś kroki za drzwiami. Na początku pomyślała, że to Ginny, jednak szybko zorientowała się, że w pokoju jest kilka osób, o czym świadczyły głośne kroki i przyciszone rozmowy. Ktoś musiał potrącić szafkę nocną, bo usłyszała trzask tłuczonego szkła, a chwile potem głośne przekleństwo. Szybko wyszła z wanny, osuszyła się zaklęciem, ubrała szlafrok i podeszła do drzwi, wysłuchując, co dzieje się za nimi, trzymając różdżkę skierowaną w stronę zamka drzwi. Próbowała uspokoić przyspieszony oddech, starając się nie zdradzać swojej obecności, a z drugiej strony była bardzo ciekawa, co dzieje się po drugiej stronie drzwi. Usłyszała odgłos, który pozwolił jej sądzić, że upuścili właśnie coś ciężkiego na łóżko, po czym dźwięk zamykanych drzwi. Wypowiedziała w myślach zaklęcie i powoli otworzyła drzwi, ostrożnie wyglądając spoza nich. Cichy krzyk wydobył się z jej ust, kiedy zauważyła, co , a raczej kogo włamywacze, bo nie potrafiła inaczej określić osób, które tu były, zostawili na łóżku.  A była to Ginny, której włosy przykryły część twarzy. Leżała bezwładnie na łożu z otwartymi ustami i kończynami powyginanymi w dziwaczny sposób. Przerażona dziewczyna podbiegła do przyjaciółki i ze łzami w oczach zaczęła nią potrząsać. Kiedy ta nie zareagowała w żaden sposób, Hermiona machnęła różdżką, a z tej wypłynął strumyk wody, który skierowała na twarz Ginny. Ta otworzyła nieznacznie oczy i przekręciła się na drugi bok mamrocząc coś pod nosem, a jej przyjaciółka ze szczęścia ledwo powstrzymała się od rzucenia się na dziewczynę i przytulenia jej.  Chcąc upewnić się, że rudowłosej nic nie jest, obeszła łóżko i kucnęła przy twarzy przyjaciółki, klepiąc ją lekko po policzku. Ginny otworzyła oczy i obrzuciła Hermionę pełnym oburzenia spojrzeniem.  Ta, bez zmieszania powtórzyła swoja czynność i uprzedziła swoją współlokatorkę, która już otwierała usta, żeby coś powiedzieć i zapytała czy nic jej się nie stało, Ginny w odpowiedzi pokręciła głową i na powrót zasnęła. Zaniepokojona, ale szczęśliwa Gryfonka przykryła swoją przyjaciółkę kołdrą,  a sama weszła do łóżka obok.
Hermiona korzystała z ostatniego wolego dnia. Jutro od nowa zaczynały się zajęcia. Na szczęście lekcje odrobiła już w piątek, ale pewnie większość uczniów zostawiła sobie to na ostatnią chwilę, gdyż Pokój Wspólny Gryffindoru świecił pustkami. Poprawiła się kanapie i wyłożyła nogi na stoliku. Ogień z kominka miło ogrzewał jej stopy. Myślała o skutkach wojny. Pochłonęła ona wielu niewinnych czarodziei, którzy walczyli o lepsze życie dla nich. Co prawda Voldemorta już nie było, a Harry stał się teraz bohaterem, lecz nie każdy traktował go z szacunkiem. Niektórzy nigdy się nie zmienią. Sądziła, że teraz dużo się zmieni jednak były to złudne nadzieje. Dlaczego tak jest, że ludzie nie mogą się po prostu szanować, lubić bez względu na wygląd czy pochodzenie? Od wieków w wielu środowiskach tworzyły się warstwy społeczne, do których klasyfikowało się ludzi. Ci, z najwyższego szczebla zawsze mieli najlepiej. Byli popularni, lubiani, mieli w szkole łatwiej. Natomiast inni, którzy różnili się wyglądem, statusem czy po prostu mieli odmienne zdanie byli upokarzani.  Czy na prawdę do tej pory nikt się temu nie sprzeciwił, nikt nie reagował? Postanowiła sama wziąć sprawy w swoje ręce. Nie będzie łatwo-wiedziała ale bycie Prefektem Naczelnym do czegoś zobowiązuje. Gdyby tylko ten dupek Malfoy pomógł.. Ale na niego nie ma co liczyć. Przez wiele lat samodzielności, nauczyła sie radzić sobie sama. Od zawsze była perfekcjonistką więc zrobi co w jej mocy by zjednoczyć wszystkie domy w Hogwarcie. W głowie zrodził jej się nawet pewien plan. Zadowolona z siebie wstała z kanapy, otrzepała szaty z niewidzialnego pyłu i ruszyła wprost do dyrektora-Minervy McGonnagal.  Radośnie przemierzała szkolne korytarze. Dzisiaj nic nie było w stanie popsuć jej dobrego humoru, może oprócz dziwnego zachowania Ginny, która zdawała się jej unikać. Nucąc pod nosem nawet nie zauważyła jak jakaś wysoka postać wynurzyła się zza zakrętu. Nie zdążyła zareagować, a już leżała na zimnej posadzce.
- Malfoy! Mogłam się tego spodziewać! – krzyczała. - Patrz gdzie łazisz!
- Zamknij się, Granger. Pewnie masz szlam zamiast mózgu więc nie pamiętasz, że to ty wpadłaś na mnie- zadrwił z niej. - Rachunek za pranie przyśle pocztą. Nie mogę chodzić w szatach, które dotykała brudna szlama. - Skrzywił się teatralnie i już miał odchodzić gdy usłyszał  głośnie odchrząknięcie za jego plecami.
- Pocałuj się w ten twój arystokratyczny tyłek, fretko - zaśmiała się pod nosem na wspomnienie Ślizgona przemienionego w zwierze - ale najpierw idziesz ze mną do dyrektorki.
- Po cholerę? Sama na mnie wpadłaś. Możesz się McSztywnej najwyżej iść wypłakać.
Hermiona nic mu na to nie odpowiedziała, tylko pociągnęła za rękaw szaty i prowadziła w stronę gabinetu dyrektorki.
- Granger, puszczaj mnie! - próbował wyrywać się Ślizgon. - Mówiłem, że nigdzie z tobą nie idę! A co jak ktoś nas zobaczy? Co z moją reputacją?
- Nie przejmowałabym się czymś, czego nie ma - odpyskowała mu.
W końcu Malfoy uwolnił się z uścisku Hermiony i oburzony szybkim ruchem wyciągnął różdżkę z głębokiej kieszeni szaty. Gryfonka cicho pisnęła, ale szybko się opanowała. Nie da mu się sprowokować. Chłopak przycisnął ją do ściany i jeszcze bardziej zdenerwowany jej odważnym spojrzeniem przycisnął koniec różdżki do jej gardła.
- To cię nauczy szacunku do lepszych - wysyczał.
Nagle Gryfonka zaczęła się śmiać. Wykorzystała moment zdezorientowania Malfoy’a i odepchnęła go od siebie. Nie wierzyła, że był w stanie zrobić jej coś w szkole, poza nic nie znaczącymi groźbami i raniącymi słowami, na które chyba nigdy się nie uodporni.
- Co cię tak cieszy, Granger? Czyżby szlamowata reakcja na silny stres? - Ślizgon w dalszym ciągu drwił sobie z dziewczyny. – A może to mój urok osobisty?
- Nie w tym życiu. Po prostu jako Prefekt Naczelny idziesz ze mną do dyrektorki i nie obchodzą mnie żadne wymówki - powiedziała i ruszyła w tak dobrze jej znanym kierunku. Nie musiała się oglądać żeby wiedzieć, że tleniony arystokrata, zaślepiony ciekawością, mozolnie podąża za nią. Po kilku chwilach, w których żadne z nich nie odezwało się ani słowem dotarli do swojego celu. Pierwszy bez pukania szedł Malfoy, który zaraz po przekroczeniu progu zatrzasnął drzwi przed nosem współtowarzyszki. Osłupiała dziewczyna w końcu doszła do siebie i z gracją otworzyła drzwi do gabinetu, po czym przywitała się z Minervą z delikatnym uśmiechem, jednak dyrektorka nie zauważyła nawet jej wejścia, gdyż zajęta była pewnym arystokratą.
- Jeszcze raz pani mówię, że to Granger mnie tu przywlokła – tłumaczył się chaotycznie. – Nie mam pojęcia po co!
- Dość tego – zirytowana opiekunka Domu Lwa straciła cierpliwość – minus dziesięć punktów, panie Malfoy.
- Przepraszam bardzo – głos zabrała Gryfonka, którą dopiero w tej chwili zauważyła Minerva – on mówi prawdę – przyznała z niechęcią rację Malfoy’owi. – Mam pewien pomysł, z którym chciałam się z panią podzielić.
- Dobrze – jej słuchaczka złagodniała na twarzy – usiądźcie proszę, zamieniam się w słuch.
Hermiona usiadła na wskazanym przed dyrektorkę krześle obok jej biurka, a Malfoy stał obok tłumacząc się, że długo tu nie zagości. Minerva spojrzała tylko na niego gniewnym wzrokiem i oddała głos Gryfonce, a sama usiadła po przeciwnej stronie biurka. Hermiona rozglądnęła się i stwierdziła, że gabinet niczym nie przypominał starego pomieszczenia, w którym rezydował Dumbledore. Naprzeciwko drzwi znajdowały się kręte, metalowe schody, które prawdopodobni e prowadziły do sypialni, a za nimi duże okno zajmujące pół ściany i sięgające pod sam sufit. Po lewej stronie stała wielka gablota po brzegi wypełniona orderami i pamiątkami byłych dyrektorów. Na prawej ścianie usadowiona była biblioteczka, większa nawet od tej, którą Hermiona miała w dormitorium. Przed nią stało masywne, stare biurko, całe zawalone pergaminami, na których siedziała sowa, którą Gryfonka zobaczyła dopiero teraz. Miała o na piękne brązowe pióra, które gdzieniegdzie miały rudy odcień i mądre, kruczoczarne ślepia.
- Szybciej, Granger – warknął zniecierpliwiony już Ślizgon – mam lepsze rzeczy do roboty, niż siedzenie tu.
- Oh, założę się, że twoje lustro, choćby nie wiem jak chciało i tak nie ucieknie.
- Panno Granger, panie Malfoy, proszę się uspokoić. – Minerva wtrąciła się w odpowiedniej chwili, bo dwójka uczniów już zabijała się spojrzeniem. Jeszcze moment, a pewnie rzuciliby się sobie do gardeł.
- Wytłumaczy mi pani, po co to całe zamieszanie? – Hermiona zrozumiała, że dyrektorka jest już lekko podenerwowana, ponieważ tylko wtedy zwracała się do niej ‘per pani’ Nie chcą już dłużej przeciągać i bardziej denerwować opiekunki jej domu odezwała się:
- Oczywiście. Pomyślałam, że skoro nikt – popatrzyła na Malfoy’a i poprawiła się –  większości nie obchodzi już, kto jest z jakiego domu i jesteśmy ze sobą bardziej zżyci, to można by spróbować zjednoczyć ze sobą domy w Hogwarcie.
- Kto chce, ten chce, Granger. Zjednujcie sobie te wasze domy, ale Ślizgonów w to nie mieszajcie, bo nie będziemy zniżać się do waszego poziomu. – Hermiona zmroziła go wzrokiem i już chciała mu coś odpowiedzieć, jednak szybsza była dyrektorka:
- Wspaniały pomysł – pochwaliła ją – doskonale sprawdza się pani na swoim stanowisku w szkole. – Dracon wywrócił oczami i udawał, że ziewa, jednak widząc, że nikt nie zwraca na to uwagi, szybko przestał. – Jutro odbędzie się w tej sprawie zebranie prefektów. Informacja o spotkaniu będzie wisieć w Pokoju Wspólnym każdego domu. To b y było na tyle, żegnam – Wstała od biurka i odprowadziła gości pod drzwi, co chwilę uciszając oburzonego Ślizgona, który uspokoił się dopiero na wzmiankę o punktach ujemnych. Jednak nie na długo, bo zaraz po wyjściu z gabinetu Hermiona zdołała tylko usłyszeć dźwięk zatrzaskiwanych drzwi i szybkim ruchem została już drugi raz tego samego dnia przyparta do ściany przez Ślizgona.
- Nie myśl sobie, Granger, że jeśli przekonałaś tą staruchę, to ze wszystkimi pójdzie ci tak łatwo. Nie pozwolę na to, zrozumiano? - warknął i zanim Gryfonka zdążyła zareagować, Malfoy odwrócił się na pięcie i odszedł w tylko sobie znanym kierunku. 
I żadne z nich nie zauważyło, jak zadowolona z siebie postać powoli oddala się z miejsca, w którym stała już od dłuższego czasu.
***
Hermiona szybko przeszła przez Pokój Wspólny Gryffindoru, w którym pełno było już jej znajomych. Jednak była zbyt zdenerwowana, żeby z kimkolwiek teraz rozmawiać nie rozszarpując go przy tym. Wbiegała po stromych schodach i skierowała się w stronę słabo oświetlonego czerwonego korytarza, przez który trzeba było przejść, by dostać się do jej dormitorium. Doszła do ciemnych drzwi i jednym gwałtownym ruchem je otworzyła. Przeszła przez cały pokój i usiadła na skraju łóżka zakładając ręce na piersiach. Dostrzegła osłupiałą przyjaciółkę, której ręką ze szczotką zastygła w połowie drogi do jej płomiennych, rudych włosów.
- Hermiono – zaczęła niepewnie – my… musimy porozmawiać.
- Tak – odpowiedziała przeciągając sylaby – chyba musimy.

***
Kiedy Flint przechodził przez Pokój Wspólny zaczepił go pewien domownik Slytherinu.
- Jak tam się ma nasz plan? - zapytał z chytrym uśmieszkiem.
- Wszystko idzie tak jak chcieliśmy.
- Liczyłem na taką odpowiedź.

 ~~~~~~~~~~ 

I oto pierwszy rozdział! Mam nadzieję, że się podobał. Zapraszam do komentowania, gdyż to bardzo pobudza wenę :)
No to do następnego rozdziału, Avis

niedziela, 13 października 2013

Prolog


Czas. Dziwne zjawisko. Niektórzy mają go za dużo, innym wciąż go brakuje. Dla jednych strasznie się wlecze, dla innych pędzi niemiłosiernie, lecz każdy, z różnych powodów, pragnąłby go zatrzymać, czasem cofnąć. Każdy chciałby mieć szansę zmienienia swoich czynów, zatrzymania słów, pójścia inną ścieżką. Lecz kiedy otrzymamy taką szansę, to czy odważymy się tego dokonać? Zaryzykujemy wszystko? I najważniejsze, czy zawsze będzie to dla nas dobre? Otóż dla mnie nie. Nazywam się Draco Malfoy  i oto historia mojego życia, największego szczęścia i najgorszego popełnionego błędu.
________________________________________________________

Westchnął. To nie tak miało się potoczyć jego życie, nie tak miało wyglądać, a teraz znowu przypomina bagno. To nie tak miało być. Nic nie jest takie, jakie być powinno i to tylko jego wina. Był okropnym egoistą, nawet po tych wszystkich wydarzeniach, które rzekomo go zmieniły. On już zawsze będzie taki sam, nie zasługuje na nią, nie zasługuje na szczęście. Znów złe wybory, znów coś traci. Z tym wyjątkiem, że teraz dzieje się to przez niego, sam jest sobie winien. Tylko dlaczego tak ciężko jest się poruszyć? Zrobić pierwszy krok?
Stał na pięknej polanie, na której wirowały różnokolorowe liście, skąpane w coraz słabszych już promieniach jesiennego słońca. Może rzuci się do jeziora, żeby pochłonęła go jego otchłań? Tam na dnie, nie byłoby żadnych trosk, skończyłyby się się tak szybko, jak jego marne życie. Nie, otrząsnął się, nie może być takim tchórzem. Nie teraz, kiedy ona potrzebuje pomocy. Spojrzał w stronę zamku i poczuł ogromny ciężar na sercu. Jak długo już tu stał? Może już wyszła? Musi działać. Teraz, już, natychmiast. Wystarczyłoby kogoś zawołać, pobiec po tego cholernego Pottera, który z radością uratuje kolejne życie. Tylko dlaczego nie jego? To wszystko nie tak miało się potoczyć, nie tak miało wyglądać. Nie tak...
Zebrał się w sobie i całą siłę woli przeznaczył na to, by wykonać krok. Sprowadzi kogoś na to miejsce, chociaż tak spróbuje się odpłacić, chociaż to nie wystarczy. Biegł ile sił w nogach w stronę zamku. Silny wiatr dmuchał mu prosto w oczy, a liście wyślizgiwały mu się spod nóg, jednak on się nie poddawał. Przez wielkie okna Hogwardzkiego zamku widać było już pierwszych uczniów zmierzających na śniadanie do Wielkiej Sali. Zazdrościł im. Jeszcze nie wiedzieli, co za chwilę się wydarzy. Może kilka osób się tym przejmie, niektórzy popadną w chwilową melancholię, lecz nikt nie będzie czuł tego, co on. Tej pustki i złości. Złości na siebie. Przecież mógł znaleźć inny sposób, żeby to rozwiązać, ale ten wydawał mu się najlepszy. Przy nim ucierpi tylko jedna osoba - on sam. Wpadł do zamku i schował się za najbliższym rogiem z zamiarem poczekania na Pottera i pamiętając, że nikt nie może go zauważyć. Wśród przechodzących uczniów dostrzegł wyczekiwana osobę. Jego towarzysze byli tacy spokojni, nie obawiali się o to, co przyniesie kolejny dzień, żyli chwilą. On tak nie potrafi. Zacisnął zęby. Pieprzyć zasady. Otrzepał swoje potargane szaty i dumnym krokiem wszedł do Wielkiej Sali, błagając w myślach, żeby w środku nie zastał siebie. Tak dobrze znał ten zamek, to pomieszczenie, wszystkie sale i tajemne przejścia. Z tym miejscem wiązało się tyle wspomnień, a jemu przed oczami ukazywały się tylko chwile spędzone wspólnie z nią. I teraz musi to wszystko opuścić? Dobrowolnie zrezygnować ze szczęścia, na które tak ciężko pracował? Zauważył Harrego, który siedział już przy stole Gryffindoru i ruszył ku niemu. Oczy wszystkich zwrócone były ku niemu, jakby spodziewali się, że za chwilę dojdzie do awantury. Znalazł się koło Pottera, a kiedy ten zdawał się nie być świadom jego obecności, szturchnął go w ramię. Wtedy odwrócił się i zamglonymi oczami spojrzał na osobę, która przeszkodziła mu w spożywaniu śniadania.
- Malfoy? Co ty tu robisz?! - krzyknął zaskoczony i zerwał się na równe nogi - Nie mam czasu na kłótnie z tobą, mam ważniejsze rzeczy na głowie.
Teraz bez zwątpienia, nawet jeśli ktoś nie zauważył Malfoy'a przy stole Gryfonów, z zaciekawieniem obserwował rozwój sytuacji.
- Zamknij się Potter i chodź. - Powiedział poirytowany arystokrata. Nie miał zamiaru się z nim użerać. - No, ruchy. - szarpnął go za ramię - wyjaśnię ci to na miejscu.
Gryfon musiał dostrzec powagę w jego oczach bo rzucił tylko Prowadź i ruszył za nim.
Biegli w milczeniu po zalanych słońcem błoniach w kierunku, który tylko Malfoy'owi był znany. Na szczęście nie było tu nikogo, co ułatwiało i tak ciężkie dla niego zadanie.
- Po co...mnie tu...przyprowadziłeś? - zapytał zasapany Potter, co chwila łapiąc głęboki oddech, kiedy Malfoy się zatrzymał.
- Zaraz się przekonasz - odpowiedział dziwnie smutny Ślizgon - lecz kiedy to się stanie mnie już tu nie będzie. Nie zadawaj pytań, Potter - powiedział stanowczo, gdy zauważył, że chłopak otwiera usta - i tak ci nie powiem.
Miał już odejść i zostawić chłopaka samego, jednak zanim to zrobił odwrócił się i powiedział:
- Obiecaj mi coś - musiał mieć pewność, musiał wiedzieć, że nic jej się nie stanie. - obiecaj, że ją uratujesz, wiem, że dasz radę.
- Nie rozumiem. Nic nie rozumiem Malfoy! - Harry podniósł głos - Najpierw mam ci coś obiecywać, a potem nawet nie powiesz mi, o co chodzi?
- Spokojnie, Bliznowaty - był nad wyraz spokojny, pomimo tego, że wiedział, co za chwilę się stanie - ktoś będzie potrzebował twojej pomocy. Po prostu idź pod Bijącą Wierzę i daj mi spokój.
- Obiecuję - powiedział niespodziewanie Harry - zrobię wszystko, co w mojej mocy.
Malfoy pokiwał głową w geście rezygnacji.
- Zaopiekuj się nią.
Skinął do Harry'ego głową patrząc jak się oddala i żałował, że to nie mógł być znowu on. Nagle zwątpił, lecz nie było odwrotu. Wiedział, że tak musi być. Tak będzie lepiej dla niej, ale niekoniecznie dla niego.Właśnie dobrowolnie zrzeka się szczęścia. Powoli niszczy wszystko, co tak długo razem budowali. Ona nie będzie o niczym wiedzieć, nigdy nie przekona się jak to z razem z nim było. Będzie żyła tak jak przedtem. Znajdzie sobie chłopaka, zaręczą się, wezmą ślub, ona urodzi gromadkę dzieci i będzie żyła pełnią życia. To takie banalne. Ale on.. On już zawsze będzie sam. Wiedział, ze już nigdy nie pokocha nikogo tak, jak pokochał tą brązowowłosą Gryfonkę. Przeklinał swoje życie. Nie powinien był w ogóle wtedy tego zaczynać. No tak, ale wtedy jeszcze nie wiedział jakiego trudnego wyboru będzie musiał dokonać w przyszłości.  Ale też nie zaznałbyś prawdziwego szczęścia i bezwarunkowej miłości. Podszeptywał mu głosik w jego głowie. Nagle zauważył ją i serce na moment odmówiło mu posłuszeństwa. Potter już biegł w jej stronę gotowy jej pomóc. Pokonał Czarnego Pana, więc teraz też sobie poradzi. O to mógł być spokojny. Ale mimo wszystko nie chciał na to patrzeć, za bardzo bolało. Tak, Malfoy pomimo tego, co usilnie próbował w sobie zadusić - zmienił się. Już nie był obojętny. Był zdolny do uczuć i do pokazywania ich. I w tym właśnie momencie cierpiał. On, arystokrata czystej krwi cierpiał, bo pokochał Hermionę Granger, mugolaczkę, która odwróciła całe jego życie do góry nogami swoją miłością, ciepłem i swoim zaraźliwym optymizmem. A teraz definitywnie to zakończył. Jedną decyzją. Paroma obróceniami. Nieskończonym cierpieniem. Czas się skończył, a jego miłość i radość życia odeszła w momencie. Musi już iść, raz na zawsze opuścić to magiczne miejsce i nigdy nie wracać. Czy podjął właściwą decyzję? Zdecydowanie nie, ale nie ma już dla niego odwrotu.



~~~~~~~~~~~~~~~~

No więc witam na moim pierwszym blogu i dziękuje za przeczytanie prologu. Jest on dość nietypowy, ponieważ nie jest to wstęp do opowieści tylko zapowiedź, ale na razie nie mogę niczego zdradzić. Wszystko się wyjaśni, niestety nie w najbliższym czasie. Trochę trzeba będzie poczekać :)
Dopiero zaczynam moją przygodę z pisarstwem więc bardzo proszę o zostawienie komentarza z opinią, sugestiami lub czymkolwiek. Byłabym bardzo zadowolona. Przyjmuje krytykę więc śmiało pisać jeśli coś się nie spodobało.
Pozdrawiam, Avis.